„Białe kys, białej mys” śpiewał przygasły klasyk ze złotą muchą. Białe mogą być święta, plamy, biała karta, biały welon i włosy. A także szał i wstążka. Co mają wspólnego? Nagrodę i wyróżnienie, za które bardzo dziękuję. „Biała wstążka” to konkurs Centrum Praw Kobiet i Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie Bez Barier”.

Wyróżnia się w nim mężczyzn sprzeciwiających się przemocy wobec kobiet. Ta biel cieszy i zobowiązuje. I wcale nie chodzi o prężnie pierś wypiętą, ale strach i szacunek. Szacunek, który odzyskują kobiety doznające przemocy i strach, który mam nadzieję, padnie na domowych generałów, kuchennych komendantów, sypialnianych katów i wszelkiej maści władców. Niech wiedzą, że nie są bezkarni, niech wiedzą, że bukiet kwiatów już nie wystarczy, że nawet umyte okna i pierścionek z cyrkonią nie udobruchają ich gejsz, podnóżków i worków treningowych. Skończyło się.


Coraz więcej ofiar przemocy wie, że nie musi się godzić na nieludzkie, przedmiotowe traktowanie. I coraz głośniej potrafią o tym mówić. Dzięki odwadze wyzwolonych czy nawet wyzwalających się, odwagi nabierają te, którym jeszcze parę ciosów temu, nie przyszło do głowy że może być inaczej. Bo skoro biją i poniewierają lekarze, prawnicy, dziennikarze, dyrektorzy, prezesi, nauczyciele, politycy, posłowie, kierowcy to ona, żona mechanika czy bezrobotnego, nie jest ani patologią, ani winna.


Paradoksalnie cieszę się na każdą rozmowę z ofiarą, na każdy telefon i sygnał. Wiem, razem z grupą zawodowców, co robić dalej. Dokąd skierować, zaaranżować spotkanie, pomóc zorganizować nowe życie, zbudować i podbudować. Drugi człowiek jest bardzo ważny, nie tylko psycholog, terapeuta, psychiatra. Istotne, dla ofiary przemocy jest możliwość powiedzenia prawdy i wyrzucenia z siebie wstydu, strachu i bezradności. To pierwszy krok, do którego zawsze będę zachęcał ofiary. Tak samo zawsze będę apelował do tych głuchych za ścianą, do tych niedowidzących siniaków pod oczami sąsiadki. Pomoc, rozmowa nie oznacza wtrącania się w sprawy małżeńskie, nie jest równoznaczne z włażeniem z buciorami w domowe pielesze. Niekiedy wystarczy jeden sygnał, że się wie, widzi i że można inaczej. A nawet jeżeli siniaka na policzku naprawdę zrobiło spadające żelazko to i tak warto zagadać. I nie wierzyć od razu, a obserwować. Wiem z doświadczenia, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Bo policzki nie są do bicia, a jeżeli się go nadstawia to tylko do pocałunków.


Jacek Pawłowski