
Sobotni lot pani Ireny Aleksiuk był wyjątkowym wydarzeniem dla całej ekipy Aeroklubu Ziemi Kołobrzeskiej w Podczelu. - Pierwszy raz mamy takiego szczególnego gościa, jak widać nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń – mówił pilot Jan Kozioł, z którym pani Irena mogła zobaczyć swoje rodzinne miasto z lotu ptaka.
Pierwszy lot samolotem był prezentem dla pani Ireny z okazji jej 98-letnich urodzin. Na taki pomysł wpadła jej najbliższa rodzina. - Dowiedzieliśmy się, że jest taka możliwość, tutaj w Podczelu. Mama nie widziała do samego przyjazdu, że szykujemy jej taką niespodziankę – mówi Antoni Piwowarczyk, zięć pani Ireny.
- Córka przyszła do mnie i mówi; szykuj się na sobotę, jedziemy na wycieczkę. Jak się dowiedziałam, że będę lecieć samolotem to byłam w szoku. Niesamowicie się cieszę – mówiła pani Irena tuż przed wylotem. Jubilatka podkreślała, że w ostatnim czasie próbuje zupełnie nowych rzeczy w życiu. - Ostatnio, na przykład, jechałam pendolino. Ale tam jest ciasno, niezbyt wygodnie – podsumowała nestorka.
Cały lot widokowy nad Kołobrzegiem trwał 15 minut. Tuż po lądowaniu 98-latka prosiła, aby rodzina już zarezerwowała kolejny; tym razem na setne urodziny. - Było wspaniale – podsumowała.
Pani Irena do Kołobrzegu trafiła z Mazur, tuż po wojnie. Doczekała się trójki dzieci, czworga wnucząt i ośmioro prawnucząt.
Nasza redakcja również dołącza się do szczególnych życzeń dla pani Ireny i widzimy się na lotnisku za dwa lata :)


Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Czyli Kołobrzeg nie jest rodzinnym miastem Pani Ireny, urodziła się gdzie indziej, a do Kołobrzegu przybyła po wojnie. Rodzinne miasto (czyli miejsce "u"rodzenia) jest gdzieś na Mazurach, zbędne zaśmiecanie języka polskiego anglicyzmami (citi of town) powoduje później błędne definiowanie już zdefiniowanych pojęć.
W punkt, o tym samym pomyślałem czytając artykuł. Pojawiła się jednak myśl, że sędziwa jubilatka urodziła się w Kolbergu ????.
Ja sobie tak myślę, że niech język ewoluuje, to żywa tkankta, zmieniająca się, której najważniejsząfunkcją jest komunikacja. Słowa zmieniają znaczenia, powstają nowe. Te, które przyjmą się, zostaną z nami, a reszta zostanie zapomniana. Dla mnie rodzinny to "dotyczący rodziny" - dlaczego Kołobrzeg dla pani Ireny miałby takim nie być? Bo jeśli "rodzinny" miałby coś wspólnego z miejscem urodzenia, to czym byłyby rodzinne domy dziecka? Dla Pani Ireny 120 lat!
Gratuluję pani odwagi!!! Chciałbym mieć taką pozytywnie zakręceni Babcie! Pozdrawiam 100lat ;)
Czyli Kołobrzeg nie jest rodzinnym miastem Pani Ireny, urodziła się gdzie indziej, a do Kołobrzegu przybyła po wojnie. Rodzinne miasto (czyli miejsce "u"rodzenia) jest gdzieś na Mazurach, zbędne zaśmiecanie języka polskiego anglicyzmami (citi of town) powoduje później błędne definiowanie już zdefiniowanych pojęć.
W punkt, o tym samym pomyślałem czytając artykuł. Pojawiła się jednak myśl, że sędziwa jubilatka urodziła się w Kolbergu ????.
Ja sobie tak myślę, że niech język ewoluuje, to żywa tkankta, zmieniająca się, której najważniejsząfunkcją jest komunikacja. Słowa zmieniają znaczenia, powstają nowe. Te, które przyjmą się, zostaną z nami, a reszta zostanie zapomniana. Dla mnie rodzinny to "dotyczący rodziny" - dlaczego Kołobrzeg dla pani Ireny miałby takim nie być? Bo jeśli "rodzinny" miałby coś wspólnego z miejscem urodzenia, to czym byłyby rodzinne domy dziecka? Dla Pani Ireny 120 lat!