Sezon wakacyjny trwa w najlepsze, a wraz z nim powrócił coroczny temat „paragonów grozy". Media społecznościowe znów zapełniają się zdjęciami rachunków z nadmorskich miejscowości, które mają szokować cenami lodów, gofrów czy smażonej ryby. Jednym z częściej pojawiających się miejsc na tych fotografiach jest Kołobrzeg. Ale czy rzeczywiście nad Bałtykiem płacimy więcej niż gdziekolwiek indziej? Czy może po prostu... drogo jest już wszędzie?
Nie bez powodu piszemy o lodach – ten pozornie niewinny deser stał się nieformalnym barometrem inflacji. Według danych z aplikacji PanParagon, która gromadzi i analizuje miliony anonimowych paragonów, średnia cena jednej gałki lodów w Polsce w 2025 roku wynosi 7,51 zł. Według tego samego źródła na które powołują się już wszystkie branżowe media – od ubiegłego roku gałka podrożała o prawie złotówkę. To naprawdę bardzo dużo.
W Kołobrzegu cena za gałkę loda oscyluje wokół 8 zł, choć taki deser potrafi kosztować więcej – na przykład rzemieślnicza szpatułka to koszt już około 10 zł. Warto jednak podkreślić, że podobne ceny spotkamy również w Poznaniu, Krakowie, Zakopanem, ale także w mniej atrakcyjnych turystycznie miejscowościach, np. w Świdnicy, w której był ostatnio jeden z naszych współpracowników. Wydaje się, że cena takich deserów to już nie do końca kwestia lokalizacji, a ogólnego wzrostu kosztów życia i prowadzenia działalności gastronomicznej.
Zestawiając dane z różnych części Polski; czy to wybrzeże, Mazury, góry czy duże miasta , widać wyraźnie, że ceny podstawowych turystycznych przyjemności wszędzie szybują w górę. Można powiedzieć, że drogo jest w całej Polsce – niezależnie od tego, czy wypoczywamy nad morzem, w górach, czy na Mazurach. Oczywistym jest fakt, że w Kołobrzegu jedząc w restauracjach czy nadmorskich smażalniach zapłacimy dużo więcej niż na przykład korzystając z jadłodajni, których w mieście jest kilka. Podobnie jest w innych miastach, kiedy decydujemy się zjeść w miejscach najbardziej dla nich atrakcyjnych – tam też przecież będzie drożej. Mamy więc wybór – i jako mieszkańcy i jako turyści.
Wzrost cen wynika z wielu czynników: inflacji, wyższych kosztów energii i pracy. Udało się nam porozmawiać z jednym z kołobrzeskich przedsiębiorców, który ma kilka punktów gastronomicznych w naszym mieście. - Koszty pracownicze są ogromne. Proszę mi wierzyć, dziś nikt nie przyjdzie do pracy sezonowej za 6 tysięcy złotych. Często muszę sprowadzać pracowników , a to wiąże się również z zapewnieniem im zakwaterowania. W tym roku dostosowałem swoje punkty do standardów przyjętych w mieście – to były duże wydatki, które musiałem sfinansować kredytem. Do tego dochodzą wszystkie inne koszty prowadzenia działalności. Te ceny naprawdę nie biorą się znikąd. Sezon w tym roku jest słabszy niż zwykle, ludzie zaciskają pasa i wydają mniej, a ja przecież muszę zarobić na cały rok – tłumaczy właściciel.
A jakie są Wasze odczucia i doświadczenia związane z podróżowaniem, wakacjami, czy wypoczynkiem? Płacicie więcej, mniej niż w Kołobrzegu, czy już wszędzie jest drogo? Czekamy na Wasze opinie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze